Перейти к содержанию

На серебряной планете

Материал из Викицитатника

«На серебряной планете» (польск. Na srebrnym globie) — фантастический роман Ежи Жулавского, открывающий «Лунную трилогию». Впервые опубликован в 1901-2 годах, в 1909 переработан[1]. По его мотивам Анджей Жулавский, внучатый племянник автора, снял одноимённый фильм (1978).

Цитаты

[править]

Часть первая

[править]
  •  

Попадались такие участки, где машина на колесах вообще не могла продвигаться. Тогда мы надевали на неё «лапы», которые действуют точь-в-точь как ноги у животных, и, покачиваясь на них, пробирались через нагромождения раздробленных скал или карабкались по крутым склонам.

 

Przebywaliśmy takie miejsca, gdzie za pomocą kół wóz nasz nie mógł się zgoła posuwać. Tam zakładaliśmy „łapy”, działające u wozu zupełnie jak nogi u zwierząt, i tak podrzucani nimi, przedzieraliśmy się przez złomiska głazów albo wspinaliśmy się na bystre zbocza.

  •  

Там, на Земле, следовало бы изображать Смерть восседающей на Луне — потому что здесь её царство…

 

Tam na Ziemi powinni ją malować siedzącą na Księżycu, bo to jest jej królestwo…

  •  

Странный амфитеатр шириной около четырех километров, открытый к югу. Над ним, словно фонарь, висит Земля. Прямо перед нами, на севере, самая высокая из скал. Не меньше тысячи двухсот метров. Как-то жутко все это выглядит. Словно театр для гигантов — ужасающих, скелетоподобных гигантов. Я не удивился бы, если бы вдруг на склонах этих гор появились толпы огромных скелетов, неторопливо движущихся в земном сиянии, чтобы занять свои места в этом театре. На фоне черного неба, среди звезд, белели бы огромные черепа тех, что сели в верхних рядах. Мне даже кажется, что я их вижу. Восседают гигантские скелеты и переговариваются: «Который час? Уж полночь, и Земля, наш огромный и яркий циферблат, уже встала полной в небе — пора начинать…» и обращаются к нам: «Пора начинать, мы смотрим, умирайте же…»

 

Dziwny amfiteatr, ze cztery kilometry szeroki, otwarty od południa. Nad nim jak lampa zawieszona Ziemia. Najwyższy szczyt na północy, wprost przed nami. Ma pewnie jakie tysiąc dwieście metrów. Tak to wszystko strasznie wygląda. Teatr dla olbrzymów, dla potwornych kościotrupich olbrzymów. Nie zdziwiłbym się wcale, gdyby te stoki zasnuły się nagle tłumem ogromnych kościotrupów, z wolna w świetle Ziemi idących i zajmujących miejsca widzów. Olbrzymie czaszki tych, którzy by zasiedli najwyżej, bieliłyby się na tle czarnego nieba, wśród gwiazd. Zdaje mi się, że to wszystko widzę. Kościotrupy gigantów siedzą i tak mówią do siebie: „Która godzina? Jest już północ; Ziemia, nasz wielki i jasny zegar, stoi w pełni na niebie — pora zaczynać”. — A potem do nas: „Pora zaczynać, umierajcie zatem; patrzymy…”.

  •  

Было только впечатление чего-то неправдоподобного, чего-то напоминавшего сказки о волшебных странах и о горах из драгоценных камней. Вглядываясь в эти искрящиеся на солнце вершины, подобные грудам топазов, рубинов, аметистов и бриллиантов, я ощущал в то же время их пронзительно-холодную мертвенность. В резком блеске разноцветных скал, блеске, не погашенном и не смягченном ничем, даже воздухом, было нечто безжалостно суровое и неумолимое… Какое-то… мрачное великолепие смерти веет от этих гор.

 

Miałem tylko wrażenie czegoś nieprawdopodobnego, czegoś, co mi przywodziło na myśl baśnie o krajach czarodziejskich i górach zbudowanych z drogich kamieni. Wpatrzony w te roziskrzone od słońca szczyty, podobne do stosu topazów, rubinów, ametystu i diamentów, odczuwałem równocześnie mrozem przejmującą ich martwotę. Było coś nielitościwie srogiego i nieubłaganego w tym ostrym lśnieniu barwnych głazów, lśnieniu nieprzyćmionym i niezłagodzonym niczym, nawet powietrzem… Jakiś…. przepych śmierci bił od tych gór.

Часть вторая

[править]
  •  

Если подняться на одну из окрестных гор, то Солнце кажется пламенно-красным шаром, лениво проползающим у самого небосклона. Вершины гор вечно пылают в розовом сиянии, которое льётся на них каждый раз с иной стороны; от сотворения мира эти горы не ведали ночи. Зато зеленые долины у их подножий никогда не видели Солнца. На них неизменно лежит тень высот, здесь царят вечные сумерки или вечный рассвет. На свежую тёмную зелень падают лишь отблески нагих, розовеющих от Солнца вершин — словно огромный венок бледных роз, брошенный на траву. Лишь иногда, раз в два земных месяца, Солнце, слегка приподнятое лунной либрацией над горизонтом, сверкнет в расщелине меж скал пламенно рдеющим ликом и застынет так на мгновенье в горных вратах, словно златокрылый херувим. Тогда по ущелью струится огромная река огня, каскадами падает со скал и широкой золотисто-багровой полоской ложится на сумрачные низины. Проходит несколько часов, Солнце прячется за горы, и мягкий полумрак снова заливает тихую долину. — I

 

Gdy się wyjdzie na górę, których tam jest kilka w pobliżu, widzi się to słońce jak kulę czerwoną i ognistą, czołgającą się leniwie u samego nieboskłonu. Szczyty gór płoną wieczyście w różowym obrzasku, który pada na nie z coraz innej strony; od stworzenia świata te góry nie miały nocy. Ale za to zielone doliny u ich stóp nigdy nie widziały słońca. Znajdują się one wiecznie w cieniu wzgórz; panuje tu wieczysty zmierzch lub świt wieczysty. Na świeżą, ciemną ich zieloność padają tylko odblaski nagich, słońcem zarumienionych szczytów, podobnych do olbrzymiego wieńca bladych róż rzuconych na murawę. Jeno czasem, raz na parę ziemskich miesięcy, słońce, wzniesione wskutek libracji Księżyca parę linii nad horyzont, błyśnie w jakiej głębokiej szczerbie między skałami płomienną, zarumienioną twarzą i stanie tak na chwilę w bramie z gór, jak cherub złocisty. Wtedy płynie wąwozem ogromna rzeka światła, spada ze skał kaskadami i znaczy się na mrocznej łące szeroką, złotoczerwoną smugą. Parę godzin przemija, słońce chowa się za góry, znowu łagodny półmrok zalewa cichą dolinę.

  •  

… потомство человека всегда будет слагаться из людских существ, несущих в своей душе зародыш всего, что стало позором земных поколений. И разве это не ужаснейшая ирония, что человек переносит своего врага сам в себе даже на звезды, сверкающие в небе? — V

 

… potomstwo człowieka będą zawsze składały istoty ludzkie, noszące w swej piersi zaród tego wszystkiego, co się stało ohydą ziemskich pokoleń. I czy to nie jest najstraszliwsza ironia, że człowiek wroga swego przenosi sam w sobie nawet na gwiazdy świecące w niebie?

  •  

Я знаю, что это за болезнь <…>: она называется — жизнь! Она пробуждает человека из небытия, голубит его, играет с ним, а во время игр дергает его и треплет, бьёт, калечит, пока наконец не одолеет его и не раздавит. С этой болезнью рождаемся мы все, и нет от неё другого лекарства, кроме смерти. — VI

 

Ja wiem, co to za choroba <…>: nazywa się życie! Budzi człowieka z nieświadomości, pieści się z nim, igra, a wśród igraszek targa go i szarpie, morduje, tłoczy, aż wreszcie zmoże go i zniweczy. Z tą chorobą wszyscy się rodzimy i nie masz na nią lekarstwa — krom śmierci.

Перевод

[править]

А. Г. Громова, Р. Нудельман, 1969

О романе

[править]

Примечания

[править]
  1. Андрей Балабуха. «В пепельном свете луны… // Ежи Жулавский. Лунная трилогия. — СПб.: Северо-Запад, 1993. — С. 722.